Potygodnik

Dzisiejszy Potygodnik będzie Poweekendownikiem. A weekend upłynął mi pod znakiem francuskim. Dlatego zaczniemy od literki F jak Francja lub K jak Kulturalnie.

Kulturalnie

W piątek w warszawskiej Arenie Ursynów odbył się koncert z okazji 100. urodzin Edith Piaf – PIAF! THE SHOW.

koncert Piaf! The show

Piosenki Piaf wykonywała charyzmatyczna Anne Carrere, a towarzyszył im pokaz zdjęć związanych z Paryżem i Piaf. Na 2 godziny przeniosłam się z powrotem do Miasta Świateł, do tego stopnia, że nawet w nocy śniła mi się Francja. Było naprawdę magicznie; tylko trochę szkoda, że zamiast w teatrze, spektakl odbył się w hali sportowej.

Tutaj krótka zajawka koncertu, który w Polsce ponownie zagości w październiku – więc frankofile szykujcie się.

Po Piaf, przyszedł czas na „Sambę”. Większość z Was pewnie pamięta niezwykłych „Nietykalnych” sprzed 4 lat. „Sambę” z „Nietykalnymi” łączy Omar Sy, ponownie grający chłopaka spoza nawiasu społecznego, oraz reżyserzy. Jednak tym razem Olivier Nakache i Eric Toledano opowiadają historię nielegalnych imigrantów. Jak w „Nietykalnych” – z ogromnym poczuciem humoru. Dawno się tak w kinie nie uśmiałam. Cała sala dosłownie wyła ze śmiechu; mimo że jak większość francuskich filmów, i ten jest słodko-gorzki. Skłania do refleksji nad tymczasowością życia – imigrantów i szerzej: ludzi, którzy znaleźli się na rozdrożu.

Szczerze polecam.

Kulinarnie

ten tydzień był tygodniem czekolady. Najpierw malinowa Alpen Gold, którą zajadałyśmy w poniedziałek z moją uczennicą podczas lekcji

Alpen Gold Czekolada gorzka malinowa

później Nussbeisser, czyli słynna niemiecka czekolada z okienkiem, a dziś Milka Oreo.

Milka Oreo

I to ona zastanie moim faworytem. Niebo w gębie. Nie, co ja mówię. Orgazm na miejscu. 🙂

Sportowo

czuję się usatysfakcjonowana. Udało mi się zrealizować plan minimum czyli trzy treningi, w tym dwa razy joga – w środę bardziej siłowa, dziś rozciągająco-balansowa.

Endomono sport

Pisałam już o tym, że pokochałam jogę (o tutaj), ale z każdymi zajęciami kocham ją coraz bardziej. Chociaż czasem są dni, kiedy nawet najprostsze asany sprawiają trudność, widzę duży postęp, jeśli chodzi o rozciągnięcie, poprawę sylwetki i równowagę. A przy okazji uczę się akceptować własne słabości – nikt nie krzyczy „szybciej”, „mocniej”, „dłużej”. Wręcz przeciwnie – spokojny głos tłumaczy: wsłuchaj się w siebie i rób tyle, ile dasz radę. Tego mi, osobie zdecydowanie nadambitnej, bardzo potrzeba. Dlatego w tym tygodniu były „tylko” trzy treningi, z czego „tylko” jeden biegowy.

Zwierzakowo

Lucuś w tym tygodniu przeszedł sam siebie, jeśli chodzi o pozowanie do zdjęć i poziom słodyczy. Słodkie minki stroił przy każdej okazji, więc żeby docenić jego wysiłki, pokarzę Wam kilka z nich.

kot Lucuś

kot Lucuś

kot Lucuś

I na koniec – z okazji Dnia Kobiet chciałam Wam, Miłe Panie, życzyć, abyście doceniały swoją kobiecość cały rok. Ja marzec okrzyknęłam miesiącem mini.

mini nogi Bo kocham swoje nogi i uwielbiam je pokazywać. Chociaż pewnie niektóre feministki mogłyby mi zarzucić, że tym samym hołduję seksizmowi.

mini nogi

Ktoś dołączy? 🙂

Boisz się prowadzić samochód? Przeczytaj.

W środę świętowałam pięć lat, odkąd zdałam egzamin na prawo jazdy, i obiecałam Wam wpis o tym, jak pokonałam lęk przed prowadzeniem samochodu. A był to paniczny lęk.

Zasada numer 1 brzmi: jeździć.

Seat

Jeździć mimo wszystko. Pokonywać kilometr za kilometrem. I na tym moglibyśmy skończyć, ale znalazłam kilka wspomagaczy. 😉

Jeździć samemu

Na początku pewniej czułam się, jeżdżąc z kimś. Zawsze to dodatkowa para oczu. Jednak szybko zdałam sobie sprawę, że jest to tylko złudne poczucie bezpieczeństwa. Tak naprawdę dużo lepiej jeździłam sama, kiedy nie stresowałam się, że ktoś widzi moje błędy i gafy, kiedy nie musiałam nikomu udowadniać, że umiem jeździć, kiedy nikt nie rozpraszał mnie swoją obecnością. Skupiałam się tylko na drodze, samochodzie i innych pojazdach. I nagle biegi dużo łatwiej wchodziły, pedały same się wciskały, a kierownica sama kręciła.

Dobre rady na koniec

Czasem jednak nie da się uniknąć towarzystwa podczas jazdy, a doświadczeni kierowcy chętnie udzielają rad tym początkującym. I wszystko fajnie, jeśli po pierwsze: krytyka jest konstruktywna, a nie sprowadza się do wytykania błędu za błędem. Po drugie: jeśli ma miejsce w odpowiednim czasie. Skręt w lewo, bez świateł, przez dwupasmową ulicę to wystarczająco duże wyzwanie dla początkującego kierowcy. Gdy w tym momencie pojawiały się tzw. „dobre rady”, często głupiałam kompletnie. (Czyli na przykład zapomniałam, gdzie miałam jechać…) Dlatego zawsze zwracałam osobom towarzyszącym uwagę, że wszystkie sugestie chętnie przyjmę, ale jak już dotrzemy do celu.  Co bardziej krnąbrnym osobom zdarzało mi się zagrozić wysadzeniem po drodze albo całkowitym, dożywotnim zakazem zbliżania się do mojego auta. 😉

Własny samochód

Wiem, że na początku często trudno sobie pozwolić na zakup własnego auta. Z drugiej strony samochody zdecydowanie staniały i w tej chwili za kilka tysięcy można kupić naprawdę przyzwoite autko. Być może będzie to wymagało pewnych wyrzeczeń, ale warto. Wtedy nawet jeśli uszkodzimy pojazd, nikomu nic do tego. To nasza własność i to my poniesiemy ewentualne konsekwencje. Jeśli ktoś, czytaj rodzice, chłopak, mąż, dalej psioczą, łatwo im zamknąć usta, mówiąc: „Twoje? Nie. Więc siedź cicho”.  Mając taką świadomość, zdecydowanie mniej się stresujemy, a jak już powiedziałam – spokojniejszy kierowca, to lepszy kierowca.

Przyznam szczerze, że do tej pory unikam prowadzenia nie swoich aut. Sytuacje na drodze ciężko przewidzieć, więc po co mam narażać się na ewentualne wymówki?

IMG_20141023_221014

Małymi kroczkami

Niektórzy stosują metodę rzucenia się na głęboką wodę. Jednak wydaje mi się, że gdy czegoś boimy się tak panicznie, jak ja się bałam prowadzić samochód, metoda drobnych kroków jest zdecydowanie skuteczniejsza. Zaczynałam od turlania się po lokalnych dróżkach, gdzie nie było zbyt dużo samochodów ani skomplikowanych skrzyżowań. Mimo to za każdym razem wracałam mokra. Potem zaczęłam dojeżdżać samochodem do pracy, głównie dlatego że była to najprostsza możliwa trasa: włączyć się w zakorkowaną główną ulicę i turlać 30 km/h aż do celu. Gdy samochody stoją, a nie jadą, zdecydowanie łatwiej jest włączyć się do ruchu. Dodatkowo opanowałam w ten sposób do perfekcji ruszanie i hamowanie. Bo przecież jazda w korku tylko na tym polega. 😉

Potem zaczęłam się wypuszczać coraz dalej, w coraz bardziej skomplikowane trasy, stosując jedną zasadę: zawsze najpierw dokładnie analizowałam możliwe drogi i wybierałam te łatwiejsze (np. bez wspomnianego wcześniej skrętu w lewo przez dwupasmówkę, bez świateł). A potem już jakoś samo poszło i pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że nie czuję żadnego lęku, kiedy wsiadam do auta, niezależnie jak daleko jadę i jak skomplikowana trasa mnie czeka. No poza jednym – że się zgubię. 😉 Ale tutaj pomaga GPS.

A teraz nie przeraża mnie już nawet jazda po… księżycu (czytaj Lanzarote ;)).

Lanzarote

Ciekawa jestem, jakie były Wasze sposoby na przełamanie lęku przed jazdą samochodem. Podzielicie się? 🙂

 

 

 

5 lat, odkąd zdałam egzamin na prawo jazdy

Wczoraj minęło 5 lat odkąd zdałam egzamin na prawo jazdy. Za pierwszym razem.  I śmiech mnie ogarnia na samą myśl. Nigdy, naprawdę NIGDY nie sądziłam, że kiedykolwiek będę prowadzić. Byłam z tych, którzy nie tylko panicznie boją się usiąść za kierownicą, ale w ogóle wsiąść do samochodu. Każda jazda samochodem, nawet 5-minutowa, była dla mnie źródłem ogromnego stresu. Do tego stopnia, że wymyśliłam sobie, że w poprzednim wcieleniu musiałam zginąć w wypadku samochodowym. Tiaaa 😉 Sprawy nie ułatwiał fakt, że miałam koszmarną chorobę lokomocyjną i nie wierzyłam, że gdy będę prowadzić auto, nie będzie mi się dawać we znaki. Samochód był dla mnie symbolem tortur i tyle.

A później wyprowadziłam się na przedmieścia i dojazdy lokalnym autobusem dały mi tak w kość, że zapisałam się na kurs na prawo jazdy. Dalej przekonana, że jeździć nigdy nie będę. Zresztą na bodajże 7 godzinie jazd urwałam lusterko w samochodzie o… sygnalizację świetlną. Lewe lusterko. Przy zawracaniu. Taaaak

A później zdałam egzamin. Nie wiem, jakim cudem. Za pierwszym razem. Nie powinnam go była zdać. Naprawdę. Przynajmniej w mojej opinii. 😉 Bo jak widać, egzaminator miał inne zdanie.

A później próbowałam jeździć z moim ówczesnym narzeczonym jego samochodem. No, próbowałam to dużo powiedziane. Po jednej awanturze stwierdziłam, że niech spier… Nauczę się sama. I kupiłam samochód. Starszy, żeby nie było żal, jak uszkodzę. Ale śliczny. Zresztą spójrzcie – prawda, że śliczny?

e3633b18f7bb11e2bf9922000a1fbc1c_7

Mazda 323F

A potem przytarłam lekko przód, jak wjeżdżałam na miejsce w garażu. I przejechałam cały lewy bok o słup, jak chciałam zaparkować na P+R na Wilanowskiej. I jakiś koleś BMW wjechał mi w ten sam bok na rondzie i uciekł. A potem to już zaczęło mi być wszystko jedno. I wiecie co? Przestałam się bać jeździć. Co więcej, ja tę jazdę samochodem pokochałam. Nic mnie tak nie relaksuje, jak prowadzenie auta. Nigdzie nie czuję się tak dobrze, jak w samochodzie. Zwłaszcza od czasu, gdy wymieniłam go na ślicznego nowego Seata. A po pół roku rozwaliłam w nim lampę z tyłu. 😉

I wiecie, co Wam powiem? Skoro JA przełamałam lęk przed prowadzeniem samochodu (celowo piszę „prowadzeniem”, bo z innymi nadal boję się jeździć), to każdemu się to uda. Naprawdę.

A jutro albo pojutrze napiszę Wam, co mi pomogło ten lęk przełamać. Nie żebym planowała zostać ekspertką od nauki jazdy i pisać na ten temat regularnie. Po prostu uważam, że te 5 lat prowadzenia auta należy uczcić, bo wiem, ile mnie to kosztowało, i jest to mój ogromny sukces. A jeśli będę kontynuować ten temat dziś, to nikt nie dotrwa do końca. To miał być tylko wstęp, a wyszedł cały artykuł. 😉

PS Kto zgadnie, co za napis był na okrągłej naklejce z tyłu mazdy?

House of Cards – sezon trzeci i oby ostatni

Stało się. Skończyłam oglądać trzeci sezon House of Cards.  Trzeci i mam nadzieję, że ostatni. I to wcale nie dlatego, że mnie zawiódł (chociaż trochę tak, ale o tym za chwilę),  a dlatego, że skończył się w najlepszy możliwy sposób, w najlepszym możliwym momencie. Jak dla mnie, nic więcej do powiedzenia nie zostało.  Ale ciii, nie zdradzę Wam szczegółów. Oglądajcie.

House of Cards

A jeśli chodzi o sam trzeci sezon, wolno się rozkręca. Bardzo wolno. Pierwsze 8-9 odcinków (z 13!) to flaki z olejem. Oczywiście dobrze zagrane, nakręcone, ale nie do takiego poziomu House of Cards i Frank Underwood mnie przyzwyczaił. Już więcej jaj mają Jackie Sharp i Remy Danton.  Brakuje ciągłości, intrygi, emocji. Frank miota się po gabinecie prezydenckim jak ryba w sieci. Mamy konflikt z Rosją, tarcze rakietowe w Polsce, dziwną wstawkę z mnichami tybetańskimi, prezydenta, który dowolnie obraca rządowymi pieniędzmi, Claire na czele ONZ, wzloty i upadki aż do zarzygania.

A potem wszystko nabiera tempa. Akcja staje się coraz ciekawsza, intryga odzyskuje sens, a postaci Franka i Claire dawny wigor i moc wyrazu.

Czy warto oglądać? Tak – dla końcówki. Ewentualnie można przeczytać streszczenia poprzednich odcinków i włączyć serial od 9-ego. 😉

Oglądacie House of Cards? Oglądaliście? Jakie jest Wasze zdanie?

Potygodnik

Lanzarote

No i mamy marzec. Jeszcze 20 dni i będzie wiosna. Chociaż przez to, że w tym roku w ogóle nie było zimy, nie czekam na nią jakoś wyjątkowo mocno. Wręcz przeciwnie. Marzy mi się jeszcze trochę śniegu. 🙂 Wariactwo? Może i tak, ale ostatni tydzień w ogóle był dość wariacki. I pracowo – nabrałam tyle zleceń, że do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy podołam, i prywatnie – kto by pomyślał, że wyskoczę na clubbing do Łodzi?

Językowo

We wtorek byłam na kolacji z klientami z Anglii. 2,5 godziny rozmów wyłącznie po angielsku. I wiecie co? Było CU-DOW-NIE. Uwielbiam brytyjski akcept, uwielbiam Brytyjczyków za ich naturalną uprzejmość i uwielbiam rozmawiać w obcych językach. Przecież po to się ich uczymy. Nie zapominajcie o tym. Język służy do komunikacji, a nie do wypełniania ćwiczeń gramatycznych. Zapomnijcie o błędach, niedociągnięciach i mówcie. To, co macie innym do przekazania, jest dużo ważniejsze niż poprawność językowa. 🙂

Kosmetycznie

Tegotygodniowe zakupy to kolejne opakowanie kremu do rąk Eveline, o którym już Wam pisałam o tutaj, tusz do rzęs Max Factor Clump Defy Extensions Black Mascara i balsam do ciała Body Glam Eveline.

kosmetyki, Eveline, Max Factor

Co do tuszu, to z pewnością ładnie się trzyma: nie kruszy, nie rozmazuje, i zupełnie nie skleja rzęs. Niestety efekt nie jest taki, jak oczekiwałam. Lubię mocno podkreślone, teatralne rzęsy. Clump Defy ładnie wydłuża, ale nie pogrubia; tworzy raczej naturalny look wydłużonych rzęs.

A balsam… Na ocenę właściwości kosmetycznych jeszcze za wcześnie, natomiast zapach… Sama chemia. Zamiast żurawiny i cytryny na myśl przywodzi plastikowe pudełko. Zawiodłam się.

Z dobrych wieści – udało mi się doprowadzić do ładu przesuszoną i maksymalnie podrażnioną kwasami cerę. Wreszcie makijaż nie wygląda jak maska!

2015-02-27 16.26.19

Kulinarnie

We wtorek byłam w Folk Gospodzie na Waliców.

Folk Gospoda

Restauracja ma dużo pozytywnych opinii na Zomato, dlatego się na nią zdecydowałam. Wnętrze jest przyjemne: ściany i stoły z surowego drewna, sporo przestrzeni, a mimo to dość przytulnie. Ale jedzenie mnie nie zachwyciło. Było smaczne, ale bez szału. Jeśli chodzi o miejsca serwujące polską kuchnię, zdecydowanie wolę Stary Dom i Różaną na Mokotowie i mistrzowski Dom Polski na Francuskiej. Przy czym w dwóch ostatnich panują dużo bardziej zobowiązujące klimaty.

A w piątek w Łodzi znajome zabrały mnie do Włoszczyzny włoskiej knajpki na Piotrkowskiej, gdzie jadłam najlepszą w życiu pizzę. Rozpływające się w ustach ciasto, idealnie doprawiony sos pomidorowy. Coś czuję, że będzie to must eat każdego wypadu do Łodzi.

Sportowo

Nie wiem, co się dzieje, ale ostatnio mięśnie w ogóle nie chcą mi się regenerować. Do dziś czuję zakwasy po środowej jodze. Dlatego dodatkowo pozwoliłam sobie jedynie na przetruchtanie dziś 5 km. Tylko dwa treningi w tym tygodniu. Nie jest to imponujący wynik, ale nie chcę sobie zaszkodzić.

Endomondo treningi

Na pocieszenie w poniedziałek odkryłam, że mam zupełnie płaski brzuch. Nie ukrywam – podoba mi się to.

2015-02-23 11.46.29-1

Efekt przypisuję jodze, dzięki której chodzę bardziej wyprostowana i wyciągnięta – przy takiej postawie brzuch automatycznie znika. Tak więc dziewczyny: prostujcie się!

Zwierzakowo

A na koniec trochę chłopaków.

Mina Pankota, jak zobaczył mnie o 7:00 rano pracującą w łóżku.

WTF Laska, pogięło cię?!

2015-02-27 07.10.30

I znów Pankot – rozważający rozpoczęcie sezonu rowerowego.

koty

A tak dziś z Luculem spędziliśmy dzień. Pod kocykiem wtulał się w mój bolący brzuch. I jak tu nie kochać takiego szkraba?

2015-03-01 15.50.00-1

A teraz już mykam oglądać kolejny odcinek trzeciego sezonu House of Cards. Jak na razie niestety bez szału. A tak czekałam…

 

O tym, jak straciłam złudzenia 

Wyjeżdża człowiek na jedną noc, wraca rano, do Warszawy dojeżdża o 11:00 i mimo że o 12:00 ma spotkanie, spieszy do domu, żeby sprawdzić, jak się mają koty.

W try miga ogarnia kuwety, podaje leki, napełnia miski. No uwija się jak w ukropie. Mimo że niewyspany i trochę na kacu. Stara się bardzo i liczy na odrobinę uznania. Zerka na Pankota i…



zostaje zrugany od góry do dołu.

Miau – gdzieś Ty się szlajała?!

Miau – o której to się wraca?!

Miau – co za człowiek z Ciebie?!

Miau – Ty wredna babo!

I wszelkie złudzenia pękają jak bańka mydlana. Nie docenią. Nie i koniec. 

Idealne nawilżenie – Hydro-aktywny żel pod oczy Oillan

Jakiś miesiąc temu chwaliłam Wam się w Potygodniku, że nabyłam bardzo fajny kosmetyk pod oczy: Hydroaktywny żel pod oczy Oillan Balance naszego polskiego Oceanika.

Oillan Balance Hydroaktywny żel pod oczy

Po czterech tygodniach stosowania najwyższy czas na recenzję. Jak zwykle zacznę od składu.

Skład: Aqua, Glycerin, Propylene Glycol, Sodium Hyaluronate, Centella Asiatica Extract, Hesperidin Methyl Chalcone, Dipeptide-2, Palmitoyl Tetrapeptide-7, Steareth-20, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Allantoin, Carbomer, Caprylyl Glycol, Triethanolamine, Phenethyl Alcohol, Butylene Glycol.

Pogrubieniem zaznaczyłam substancje aktywne – przyznacie, że jest ich całkiem sporo.

Producent w oświadczeniach marketingowych obiecuje przede wszystkim intensywne nawilżenie, a skład pięknie to potwierdza. Już na samym początku znajdziemy trzy skuteczne nawilżacze: gliceryna, glikol propylenowy i kwas hialuronowy. Do tego glikol propylenowy ma tę fajną właściwość, że ułatwia przenikanie innych substancji czynnych wgłąb naskórka i tym samym zwiększa ich skuteczność.

Później mamy wyciąg z wąkrotki azjatyckiej (Centella Asiatica – piękna nazwa, nieprawdaż?), która stymuluje syntezę kwasu hialuronowego w organizmie i tym samym wspomaga nawilżanie skóry. Dodatkowo pobudza fibroblasty do produkcji kolagenu i elastyny, więc działa przeciwzmarszczkowo. Działanie przeciwzmarszczkowe wspomogą też oligopeptydy.

Producent deklaruje również redukcję cieni pod oczami i faktycznie – zarówno wąkrotka, jak i pochodna hesperydyny (INCI: Hesperidin Methyl Chalcone) wzmacniają ścianki naczyń krwionośnych i tym samym zmniejszają wszelkie obrzęki i zasinienia.

A jak to się ma do rzeczywistości? Żel faktycznie świetnie nawilża. Nie miałam jeszcze tak dobrego kosmetyku nawilżającego pod oczy. Skóra jest ładnie napięta, wygładzona, a efekt utrzymuje się, nawet jeśli raz czy dwa zapomnę nałożyć żel. Także zdecydowanie polecam go osobom o suchej i wrażliwej cerze albo ratunkowo, gdy przypadkiem przesuszymy skórę. Do tego świetnie się wchłania, nie roluje, nie klei, nie szkodzi trwałości makijażu i bardzo przyjemnie, delikatnie pachnie. Natomiast co do redukcji cieni pod oczami to niestety – z moimi nasz hydroaktywny żel sobie zupełnie nie poradził. Mimo to i tak uważam go za hit wśród kosmetyków pod oczy. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę cenę – poniżej 20 zł.

A jakie są Wasze ulubione kremy pod oczy?