Share Week 2015 – czyli polecamy najlepsze blogi

Między jednym a drugim tłumaczeniem wpadłam na blogach Życie jest piękne i BiznesoweInfo na inicjatywę Share Week, w ramach której polecamy najbardziej wartościowe blogi. Szczegółowe zasady na jestkultura, a ja tym czasem podzielę się z Wami moją top listą.

Poczuj się lepiej blog

blog Agaty o jodze, aktywności fizycznej i zdrowym, rozsądnym podejściu do niej. Z każdego wpisu emanuje tak pozytywna energia i pasja, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Zero nakazów, zakazów, pokrzykującej motywacji. Zamiast tego solidna dawka refleksji nad własnym ciałem i zdrowiem – taką drogę Agata proponuje nam, aby poczuć się lepiej.

Twoje zwycięstwo blog

blog o bieganiu, który cenię nie tyle za porady, jak efektywnie i zdrowo biegać, ale przede wszystkim za solidną dawkę pozytywnej motywacji, dobry styl i mega, mega sugestywne opisy treningów. Każdy biegowy wpis czuję we własnym ciele, własnych mięśniach i we własnym oddechu. Jeśli chcecie doświadczyć ekstazy płynącej z biegania, a akurat nie możecie wyskoczyć na trening, zajrzyjcie na bloga Twoje zwycięstwo.

I wreszcie blog zupełnie niesportowy, który za każdym razem wywołuje uśmiech na mojej twarzy:

Ja mówię TO blog

Andrzej porusza różne tematy, czasem z humorem, kiedy indziej bardziej na poważnie. Jednak każdy wpis cechuje to, co dla mnie najważniejsze: lekki, przyjemny styl. Nie kręcą mnie blogi oparte na pięknych zdjęciach, chociaż miło na nie popatrzeć. Uwielbiam za to dobre pióro, a to u Andrzeja macie zagwarantowane.

To moje TOP 3. A jak wygląda Wasze?

Reklamy

Potygodnik

Lanzarote

Dziś króciutko, bo rozłożyłam się kompletnie. Takie są skutki, jak człowiek, łaknąc wiosny i słońca, wybierze się w pierwszy cieplejszy dzień na rower w samym podkoszulku, bez bluzy czy kurtki. A niby 30-latka powinna być już mądrzejsza…

Kulinarnie

pieczone buraki

Naszło mnie w tym tygodniu na buraki. Najpierw cappuccino buraczkowe na lunch w Kofiko. Pod intrygującą nazwą krył się tradycyjny czerwony barszcz podany w filiżance z obłędną mleczną pianką. Pycha!

Cappuccino z buraków

Z kolei w piątek postanowiłam przyrządzić curry z buraków wg przepisu z Kwestii Smaku. Wyszło pysznie. Musiałam tylko dodać do sosu soku z cytryny, bo wyszedł zbyt słodki.

Sportowo

Udało mi się rozpocząć sezon rowerowy i dwa razy wybrać na przejażdżkę. Ucieszyłam się, że nie wypadłam z formy przez zimę. Spokojnie przejechałam ponad 20 km w sensownym tempie i bez odpoczynku. Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy!

rower otwarcie sezonu

Zdjęcie z poniedziałku – wtedy jeszcze miałam na tyle przytomności umysłu, żeby bluzę włożyć.

Byłam też dwa razy na jodze, ale w piątek organizm (widać już czuł chorobę) zdecydowanie robił mi wbrew. Jedyne co mi wyszło, to pies z głową do dołu i… stanie na głowie. Cała reszta asan przypominała raczej ich parodię i budziła li i tylko frustrację.

Zrzut ekranu 2015-03-15 18.52.54

A wczoraj wieczorem nie wytrzymałam i mimo choroby postanowiłam poćwiczyć mięśnie brzucha. Wpadł mi w ręce ciekawy 14-dniowy trening i dosłownie MUSIAŁAM go wypróbować. Brzuch to ta część mojego ciała, którą lubię najmniej. Dobrze by było to w końcu zmienić.

W ćwiczeniach dzielnie pomagał mi Lucuś.

kot mata do ćwiczeń

image2

I to by dziś było na tyle. Ubierajcie się rozważnie, bo słońce jest jeszcze trochę oszukane.

Sucha skóra po zimie? Mam na to sposób!

Niby w ogóle nie włączałam ogrzewania tej zimy, a mimo to skóra ciała wysuszyła mi się na wiór; nie pomagały żadne oliwki ani zwyczajne drogeryjne balsamy. Ewidetnie domagała się typowego emolientu.

Emolienty to kosmetyki lub składniki kosmetyczne o działaniu natłuszczającym i nawilżającym. Tworzą na skórze warstwę ochronną zapobiegającą utracie wilgoci (tzw. warstwę okluzyjną – zamykają wodę wewnątrz naskórka), a równocześnie wyłapują wilgoć z otoczenia i tym samym dodatkowo nawilżają. Emolienty zazwyczaj mają lekką konsystencję i nie pozostawiają tłustego filmu; po ich użyciu skóra jest gładka i jedwabista w dotyku.

Przykładowe emolienty kosmetyczne to dobrze wszystkim znane lanolina, wazelina, gliceryna, a także tłuszcze i kwasy tłuszczowe.

Udałam się więc do apteki w poszukiwaniu takiego właśnie preparatu. Wybór padł na Lotion do ciała Linum Emolient Dermedic.

Lotion do ciała Linum Emolient Dermedic

Zadecydował skład, o którym za chwilę, cena – poniżej 20 zł i fakt, że jest to produkt polski.

2015-03-12 21.08.38

W składzie znajdziemy zarówno substancje natłuszczające pochodzenia roślinnego: masło shea, olej lniany, wosk z jęczmienia zwyczajnego, olej arganowy, jak i skuteczne emolienty syntetyczne: gliceryna, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate i Cetyl Alcohol.

Dodatkowo lotion zawiera też alantoinę, która łagodzi podrażnienia i przyspiesza regenerację naskórka.

To tyle w teorii. A jak w praktyce?

Linum Emolient ma faktycznie bardzo lekką konsystencję. Jest to typowy lotion; nawet mleczka są w porównaniu z nim bardziej treściwe. Dlatego na początku miałam problem z aplikacją – ciągle wydawało mi się, że nie nałożyłam go wystarczająco dużo. Druga cecha odróżniająca Linum Emolient od tradycyjnych balsamów do ciała to fakt, że praktycznie nie da się go wmasować – im dłużej masowałam, tym bardziej lotion się rozpływał; trochę jak produkty do masażu. Później obrałam strategię polegającą na rozprowadzeniu lotionu na skórze i zostawieniu do wyschnięcia. W ten sposób wchłaniał się błyskawicznie.

Skóra po aplikacji była gładka, ale sucha w dotyku, tzn. nie czułam żadnego filmu ochronnego i uznałam, że kupiłam bubel. Jednak po tygodniu regularnego stosowania (raz dziennie) stan skóry zdecydowanie się poprawił. Stała się dobrze nawilżona i natłuszczona. Zniknęło napięcie, białawe zabarwienie charakterystyczne dla przesuszonej skóry i efekt łuszczenia się.

Uczucia mam mieszane. Na pewno nie jest to produkt, który na stałe zagości u mnie na półce, ponieważ przeszkadzają mi jego właściwości aplikacyjne (kto to słyszał, żebym nie mogła wmasować kosmetyku?!), natomiast jako preparat ratunkowy polecam go z czystym sumieniem.

Znacie Linum Emolium? Jakie są Wasze sposoby na odratowanie skóry po zimie?

3 sposoby, jak wyładować złość, nie robiąc nikomu krzywdy

Złość to bardzo niepopularne odczucie. Od małego wpaja nam się, że złości nie należy okazywać, że złość piękności szkodzi, że jak będziemy się złościć, to nikt nas nie będzie lubił itepe itede. Dlatego za wszelką cenę staramy się ją opanować, tak żeby inni nie zobaczyli, co się z nami dzieje.

Najczęściej polecane sposoby to techniki oddechowe. Kilka głębokich wdechów, wydechów powinno pomóc nam się uspokoić. Możemy też liczyć do 10, 100 czy 1000. Ale czasem jesteśmy tak wściekli, że to nie pomaga, a wręcz pogarsza sytuację. Potrzebujemy dać upust naszej złości i koniec. O tak:

wściekłość

Trzy moje sposoby na wyładowanie złości:

Porządki.

Takie czynności jak sprzątanie, zmywanie, mycie okien wymagają całkiem sporo energii. A przecież to właśnie złej energii musimy się pozbyć, gdy jesteśmy wściekli. Więc chwytam za mopa i do dzieła. Nie dość, że z każdą kolejną odkurzoną półką staję się spokojniejsza, to dodatkowo na koniec mogę cieszyć się sprzątniętym na błysk mieszkaniem i jestem z siebie mega dumna. Zapewniam Was, że pozbędziecie się w ten sposób nawet najbardziej uporczywych zabrudzeń. 😉 Kiedyś wypolerowałam mieszkanie w 30 min. Do tej pory nie wiem, jak to możliwe. Kiedy indziej wyczyściłam fugi w kuchni szczoteczką do zębów. Nigdy nie były takie czyste. Same plusy, nieprawdaż?

Sport

Gdy nie mam ochoty na sprzątanie lub zwyczajnie nie ma co sprzątać, wsiadam na rower, idę pobiegać albo lecę na fitness. Żadna tam joga czy pilates. Ma być ostro, energicznie, brutalnie. W takim stanie biję rekordy prędkości, odległości, wyciskam z siebie siódme poty. I znów korzyść podwójna – nie dość, że złość znika w mgnieniu oka, razem z nią zbędne kalorie. Jestem fit!

Zniszczenie kontrolowane

Robi się coraz brutalniej. 😉 Czasem jestem tak wściekła, że ani sprzątanie, ani ostry trening nie pomogą. Ktoś mnie skrzywdził, mam ochotę mu dowalić, tak żeby popamiętał raz na zawsze. Ale przecież tego nie zrobię. Samo wyładowanie energii nic nie daje; potrzebuję coś zniszczyć.

Zaczynam wtedy od poduszki (bo worka treningowego niestety nie posiadam), w którą walę tak długo, aż mi przejdzie. Poduszce to nie szkodzi, mi też nie, bo miękka.

Jeśli poduszka nie działa, biorę stare gazety albo jakieś niepotrzebne papiery i rwę na drobne kawałki. Energicznie. Bez litości. Bez opamiętania. Aż nic z nich nie zostanie. Uff

Niestety czasem i to nie pomaga. Wtedy sięgam po środek ostateczny. Wyciągam z szafki uszkodzony kubek, miseczkę czy talerz. Sprawdzam, czy nikogo nie ma w pobliżu. Biorę zamach i… trach o podłogę. Skorupy roztrzaskują się w drobny mak, a ja znów jestem oazą spokoju. I już jako oaza spokoju usuwam wszystkie ślady zbrodni.

Jest jeszcze jeden sposób, który widziałam w jakimś filmie – wykrzyczeć się. Gdzieś, gdzie nikt nas nie usłyszy. Pod mostem kolejowym, gdy przejeżdża pociąg. W środku lasu. W dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Bardzo chętnie bym tę metodę kiedyś wypróbowała, tylko jeszcze nie znalazłam stosownego miejsca. 😉

A Wy złościcie się czasem? Czy wyszłam na choleryczkę?

wściekły kot

Potygodnik

Dzisiejszy Potygodnik będzie Poweekendownikiem. A weekend upłynął mi pod znakiem francuskim. Dlatego zaczniemy od literki F jak Francja lub K jak Kulturalnie.

Kulturalnie

W piątek w warszawskiej Arenie Ursynów odbył się koncert z okazji 100. urodzin Edith Piaf – PIAF! THE SHOW.

koncert Piaf! The show

Piosenki Piaf wykonywała charyzmatyczna Anne Carrere, a towarzyszył im pokaz zdjęć związanych z Paryżem i Piaf. Na 2 godziny przeniosłam się z powrotem do Miasta Świateł, do tego stopnia, że nawet w nocy śniła mi się Francja. Było naprawdę magicznie; tylko trochę szkoda, że zamiast w teatrze, spektakl odbył się w hali sportowej.

Tutaj krótka zajawka koncertu, który w Polsce ponownie zagości w październiku – więc frankofile szykujcie się.

Po Piaf, przyszedł czas na „Sambę”. Większość z Was pewnie pamięta niezwykłych „Nietykalnych” sprzed 4 lat. „Sambę” z „Nietykalnymi” łączy Omar Sy, ponownie grający chłopaka spoza nawiasu społecznego, oraz reżyserzy. Jednak tym razem Olivier Nakache i Eric Toledano opowiadają historię nielegalnych imigrantów. Jak w „Nietykalnych” – z ogromnym poczuciem humoru. Dawno się tak w kinie nie uśmiałam. Cała sala dosłownie wyła ze śmiechu; mimo że jak większość francuskich filmów, i ten jest słodko-gorzki. Skłania do refleksji nad tymczasowością życia – imigrantów i szerzej: ludzi, którzy znaleźli się na rozdrożu.

Szczerze polecam.

Kulinarnie

ten tydzień był tygodniem czekolady. Najpierw malinowa Alpen Gold, którą zajadałyśmy w poniedziałek z moją uczennicą podczas lekcji

Alpen Gold Czekolada gorzka malinowa

później Nussbeisser, czyli słynna niemiecka czekolada z okienkiem, a dziś Milka Oreo.

Milka Oreo

I to ona zastanie moim faworytem. Niebo w gębie. Nie, co ja mówię. Orgazm na miejscu. 🙂

Sportowo

czuję się usatysfakcjonowana. Udało mi się zrealizować plan minimum czyli trzy treningi, w tym dwa razy joga – w środę bardziej siłowa, dziś rozciągająco-balansowa.

Endomono sport

Pisałam już o tym, że pokochałam jogę (o tutaj), ale z każdymi zajęciami kocham ją coraz bardziej. Chociaż czasem są dni, kiedy nawet najprostsze asany sprawiają trudność, widzę duży postęp, jeśli chodzi o rozciągnięcie, poprawę sylwetki i równowagę. A przy okazji uczę się akceptować własne słabości – nikt nie krzyczy „szybciej”, „mocniej”, „dłużej”. Wręcz przeciwnie – spokojny głos tłumaczy: wsłuchaj się w siebie i rób tyle, ile dasz radę. Tego mi, osobie zdecydowanie nadambitnej, bardzo potrzeba. Dlatego w tym tygodniu były „tylko” trzy treningi, z czego „tylko” jeden biegowy.

Zwierzakowo

Lucuś w tym tygodniu przeszedł sam siebie, jeśli chodzi o pozowanie do zdjęć i poziom słodyczy. Słodkie minki stroił przy każdej okazji, więc żeby docenić jego wysiłki, pokarzę Wam kilka z nich.

kot Lucuś

kot Lucuś

kot Lucuś

I na koniec – z okazji Dnia Kobiet chciałam Wam, Miłe Panie, życzyć, abyście doceniały swoją kobiecość cały rok. Ja marzec okrzyknęłam miesiącem mini.

mini nogi Bo kocham swoje nogi i uwielbiam je pokazywać. Chociaż pewnie niektóre feministki mogłyby mi zarzucić, że tym samym hołduję seksizmowi.

mini nogi

Ktoś dołączy? 🙂

Boisz się prowadzić samochód? Przeczytaj.

W środę świętowałam pięć lat, odkąd zdałam egzamin na prawo jazdy, i obiecałam Wam wpis o tym, jak pokonałam lęk przed prowadzeniem samochodu. A był to paniczny lęk.

Zasada numer 1 brzmi: jeździć.

Seat

Jeździć mimo wszystko. Pokonywać kilometr za kilometrem. I na tym moglibyśmy skończyć, ale znalazłam kilka wspomagaczy. 😉

Jeździć samemu

Na początku pewniej czułam się, jeżdżąc z kimś. Zawsze to dodatkowa para oczu. Jednak szybko zdałam sobie sprawę, że jest to tylko złudne poczucie bezpieczeństwa. Tak naprawdę dużo lepiej jeździłam sama, kiedy nie stresowałam się, że ktoś widzi moje błędy i gafy, kiedy nie musiałam nikomu udowadniać, że umiem jeździć, kiedy nikt nie rozpraszał mnie swoją obecnością. Skupiałam się tylko na drodze, samochodzie i innych pojazdach. I nagle biegi dużo łatwiej wchodziły, pedały same się wciskały, a kierownica sama kręciła.

Dobre rady na koniec

Czasem jednak nie da się uniknąć towarzystwa podczas jazdy, a doświadczeni kierowcy chętnie udzielają rad tym początkującym. I wszystko fajnie, jeśli po pierwsze: krytyka jest konstruktywna, a nie sprowadza się do wytykania błędu za błędem. Po drugie: jeśli ma miejsce w odpowiednim czasie. Skręt w lewo, bez świateł, przez dwupasmową ulicę to wystarczająco duże wyzwanie dla początkującego kierowcy. Gdy w tym momencie pojawiały się tzw. „dobre rady”, często głupiałam kompletnie. (Czyli na przykład zapomniałam, gdzie miałam jechać…) Dlatego zawsze zwracałam osobom towarzyszącym uwagę, że wszystkie sugestie chętnie przyjmę, ale jak już dotrzemy do celu.  Co bardziej krnąbrnym osobom zdarzało mi się zagrozić wysadzeniem po drodze albo całkowitym, dożywotnim zakazem zbliżania się do mojego auta. 😉

Własny samochód

Wiem, że na początku często trudno sobie pozwolić na zakup własnego auta. Z drugiej strony samochody zdecydowanie staniały i w tej chwili za kilka tysięcy można kupić naprawdę przyzwoite autko. Być może będzie to wymagało pewnych wyrzeczeń, ale warto. Wtedy nawet jeśli uszkodzimy pojazd, nikomu nic do tego. To nasza własność i to my poniesiemy ewentualne konsekwencje. Jeśli ktoś, czytaj rodzice, chłopak, mąż, dalej psioczą, łatwo im zamknąć usta, mówiąc: „Twoje? Nie. Więc siedź cicho”.  Mając taką świadomość, zdecydowanie mniej się stresujemy, a jak już powiedziałam – spokojniejszy kierowca, to lepszy kierowca.

Przyznam szczerze, że do tej pory unikam prowadzenia nie swoich aut. Sytuacje na drodze ciężko przewidzieć, więc po co mam narażać się na ewentualne wymówki?

IMG_20141023_221014

Małymi kroczkami

Niektórzy stosują metodę rzucenia się na głęboką wodę. Jednak wydaje mi się, że gdy czegoś boimy się tak panicznie, jak ja się bałam prowadzić samochód, metoda drobnych kroków jest zdecydowanie skuteczniejsza. Zaczynałam od turlania się po lokalnych dróżkach, gdzie nie było zbyt dużo samochodów ani skomplikowanych skrzyżowań. Mimo to za każdym razem wracałam mokra. Potem zaczęłam dojeżdżać samochodem do pracy, głównie dlatego że była to najprostsza możliwa trasa: włączyć się w zakorkowaną główną ulicę i turlać 30 km/h aż do celu. Gdy samochody stoją, a nie jadą, zdecydowanie łatwiej jest włączyć się do ruchu. Dodatkowo opanowałam w ten sposób do perfekcji ruszanie i hamowanie. Bo przecież jazda w korku tylko na tym polega. 😉

Potem zaczęłam się wypuszczać coraz dalej, w coraz bardziej skomplikowane trasy, stosując jedną zasadę: zawsze najpierw dokładnie analizowałam możliwe drogi i wybierałam te łatwiejsze (np. bez wspomnianego wcześniej skrętu w lewo przez dwupasmówkę, bez świateł). A potem już jakoś samo poszło i pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że nie czuję żadnego lęku, kiedy wsiadam do auta, niezależnie jak daleko jadę i jak skomplikowana trasa mnie czeka. No poza jednym – że się zgubię. 😉 Ale tutaj pomaga GPS.

A teraz nie przeraża mnie już nawet jazda po… księżycu (czytaj Lanzarote ;)).

Lanzarote

Ciekawa jestem, jakie były Wasze sposoby na przełamanie lęku przed jazdą samochodem. Podzielicie się? 🙂

 

 

 

5 lat, odkąd zdałam egzamin na prawo jazdy

Wczoraj minęło 5 lat odkąd zdałam egzamin na prawo jazdy. Za pierwszym razem.  I śmiech mnie ogarnia na samą myśl. Nigdy, naprawdę NIGDY nie sądziłam, że kiedykolwiek będę prowadzić. Byłam z tych, którzy nie tylko panicznie boją się usiąść za kierownicą, ale w ogóle wsiąść do samochodu. Każda jazda samochodem, nawet 5-minutowa, była dla mnie źródłem ogromnego stresu. Do tego stopnia, że wymyśliłam sobie, że w poprzednim wcieleniu musiałam zginąć w wypadku samochodowym. Tiaaa 😉 Sprawy nie ułatwiał fakt, że miałam koszmarną chorobę lokomocyjną i nie wierzyłam, że gdy będę prowadzić auto, nie będzie mi się dawać we znaki. Samochód był dla mnie symbolem tortur i tyle.

A później wyprowadziłam się na przedmieścia i dojazdy lokalnym autobusem dały mi tak w kość, że zapisałam się na kurs na prawo jazdy. Dalej przekonana, że jeździć nigdy nie będę. Zresztą na bodajże 7 godzinie jazd urwałam lusterko w samochodzie o… sygnalizację świetlną. Lewe lusterko. Przy zawracaniu. Taaaak

A później zdałam egzamin. Nie wiem, jakim cudem. Za pierwszym razem. Nie powinnam go była zdać. Naprawdę. Przynajmniej w mojej opinii. 😉 Bo jak widać, egzaminator miał inne zdanie.

A później próbowałam jeździć z moim ówczesnym narzeczonym jego samochodem. No, próbowałam to dużo powiedziane. Po jednej awanturze stwierdziłam, że niech spier… Nauczę się sama. I kupiłam samochód. Starszy, żeby nie było żal, jak uszkodzę. Ale śliczny. Zresztą spójrzcie – prawda, że śliczny?

e3633b18f7bb11e2bf9922000a1fbc1c_7

Mazda 323F

A potem przytarłam lekko przód, jak wjeżdżałam na miejsce w garażu. I przejechałam cały lewy bok o słup, jak chciałam zaparkować na P+R na Wilanowskiej. I jakiś koleś BMW wjechał mi w ten sam bok na rondzie i uciekł. A potem to już zaczęło mi być wszystko jedno. I wiecie co? Przestałam się bać jeździć. Co więcej, ja tę jazdę samochodem pokochałam. Nic mnie tak nie relaksuje, jak prowadzenie auta. Nigdzie nie czuję się tak dobrze, jak w samochodzie. Zwłaszcza od czasu, gdy wymieniłam go na ślicznego nowego Seata. A po pół roku rozwaliłam w nim lampę z tyłu. 😉

I wiecie, co Wam powiem? Skoro JA przełamałam lęk przed prowadzeniem samochodu (celowo piszę „prowadzeniem”, bo z innymi nadal boję się jeździć), to każdemu się to uda. Naprawdę.

A jutro albo pojutrze napiszę Wam, co mi pomogło ten lęk przełamać. Nie żebym planowała zostać ekspertką od nauki jazdy i pisać na ten temat regularnie. Po prostu uważam, że te 5 lat prowadzenia auta należy uczcić, bo wiem, ile mnie to kosztowało, i jest to mój ogromny sukces. A jeśli będę kontynuować ten temat dziś, to nikt nie dotrwa do końca. To miał być tylko wstęp, a wyszedł cały artykuł. 😉

PS Kto zgadnie, co za napis był na okrągłej naklejce z tyłu mazdy?