Językownik czyli jak czytać w języku obcym, żeby się nie zniechęcić

Językownik nauka języków obcych

Dawno już nie było Językownika. Chyba ta wiosna mnie tak rozleniwiła.

Dziś o czytaniu w języku obcym. Z czytaniem jest trochę tak, jak z mówieniem. Siadamy wygodnie w fotelu, bierzemy do ręki książkę, gazetę i zagłębiamy się w lekturze. I zonk. Nie da się zagłębić, bo czytamy zdecydowanie wolniej niż po polsku, niektóre zdania musimy czytać po kilka razy, żeby zrozumieć ich sens, a czasem okazuje się, że więcej słów nie rozumiemy niż rozumiemy. Zamiast płynąć przez kolejne kartki powieści, raczej z trudem przedzieramy się przez gąszcz nieznanych konstrukcji i słów. Zrezygnowani odkładamy książkę na półkę albo zdenerwowani trzaskamy nią o ścianę i obiecujemy sobie, że wrócimy do lektury, kiedy już lepiej poznamy język.

Trudno o większy błąd. Czytania w języku obcym musimy nauczyć się tak samo, jak uczyliśmy się po polsku. Im wcześniej zaczniemy, tym lepiej. Na początku sięgajmy po krótkie teksty – może bajki dla dzieci? Niedługie artykuły? Recenzje?

Na rynku dostępne są czasopisma dla uczących się języków obcych: English matters, Business English Magazine, Français présent; Deutsch Aktuell i inne. Są one napisane prostszym językiem niż zwykłe gazety, poruszane tematy są mniej skomplikowane, a do tego pod tekstem mamy zazwyczaj słowniczek z trudniejszymi słowami czy zwrotami.

Business English Magazine

Możemy też sięgnąć po lektury uproszczone. Są to zazwyczaj klasyki literatury napisane prostszym językiem, dostosowanym do konkretnego poziomu, np. A2. Dostaniecie je w każdej księgarni językowej, chociażby tutaj.

Oczywiście w ten sposób nie poznamy charakterystycznego stylu autora, wiele wątków nam umknie, ale chodzi o to, żeby się rozczytać. Nabrać wprawy w składaniu liter i wyrazów w logiczną całość. Przecież po polsku też nie od razu czytaliśmy płynnie.

I pamiętajmy, dlaczego czytamy. Dla przyjemności. Żeby dowiedzieć się czegoś nowego. Najczęstszym błędem osób zaczynających swoją przygodę z książkami obcojęzycznymi jest to, że starają się zrozumieć każde słowo. Gdy tylko zobaczą wyraz, którego nie znają, sięgają po słownik. I nagle po jednej stronie lądują z całą listą słówek do nauczenia. Natomiast  z samej lektury, która trwa godzinami, niewiele wynoszą. Takie czytanie to prawdziwa męczarnia. Zresztą przecież nie chodzi o to, żeby przetłumaczyć daną książkę. Dlatego zawsze radzę swoim uczniom, żeby zapomnieli o pojedynczych wyrazach i potraktowali tekst jako całość. Co z tego, że nie rozumiecie wszystkich słów? Gdy czytacie po polsku, nawet się nad tym nie zastanawiacie. Bez zrozumienia każdego wyrazu też jesteście w stanie wyłapać ogólny sens. A przecież o to właśnie w czytaniu chodzi. Mamy zrozumieć historię, a nie uczyć się słówek.

Znów, jak w przypadku mówienia w języku obcym, okazuje się, że podstawą sukcesu jest zmiana nastawienia. Zaakceptowanie swojej niewiedzy, przejście nad nią do porządku dziennego. Zobaczycie, że z każdą przeczytaną książką będzie łatwiej. Co ja mówię. Z każdą przeczytaną stroną. Litery nagle same zaczną układać się w słowa, słowa w zdania, a zdania w sens.

To tyle słowem wstępu i motywacji. W następnym wpisie postaram się przybliżyć Wam kilka strategii, które ułatwiają czytanie w języku obcym. A tym czasem, życzę Wam ciekawej lektury na weekend.

Focus włoski

7 sposobów, żeby poczuć wiosnę

Słońce przez szyby grzeje już całkiem mocno, ale na zewnątrz jeszcze wcale tak ciepło nie jest. Tylko czy to ma jakieś znaczenie? W końcu mamy marzec, słońce, tak by się chciało przyspieszyć nadejście wiosny.

Ja przyciągam ją na kilka sposobów:

  • kolorowy manicure

Zimą stawiam na paznokcie w kolorach neutralnych: delikatny róż, beż, ewentualnie czerwień. Wiosną szybko przerzucam się na bardziej zwariowane i optymistyczne odcienie. Chociażby taki pomarańczowy róż:

paznokcie Vinylux

  • SPA dla stóp

Wstyd się przyznać, ale zimą zdarza mi się zaniedbać stopy. Czasu ciągle brak, a w kozakach i tak ich nie widać. Zresztą w ciężkich butach żaden lakier się nie utrzyma dłużej niż dwa dni. Natychmiast się ściera na końcówkach i odpryskuje.

Dodatkowo, mimo skarpetek, zawsze nabawię się jakichś odcisków, nagniotków. Feee

Dlatego gdy tylko chcę poczuć wiosnę, spieszę na pedicure. Ciepła kąpiel, peeling, maska, masaż, lakier – to to, co tygryski lubią najbardziej.

Przecież już niedługo będzie można chodzić tak:

stopy

  • lekkie buty

Niby jeszcze zimno, ale mam to szczęście, że przemieszczam się głównie samochodem. Dlatego już od zeszłego tygodnia śmigam w baletkach, trampkach, adidasach… Byle stopy odpoczęły od ciężkich zimowych buciorów!

  • zakupy

Zakupy, zakupy, zakupy. W sklepach pełno jasnych, kolorowych ubrań. Czas ruszyć na łowy. Wystarczy jedna lżejsza rzecz, żeby poczuć zbliżającą się wiosnę.

Mi to co prawda jeszcze w tym roku się nie udało, ale… Jeszcze nic straconego.

  • T-shirty

T-shirt to dla mnie taki typowo wiosenny ciuch. Zimą zdecydowanie wolę kardigany, golfy, dzianinowe bluzki z długim rękawem. Na sam podkoszulek jest jeszcze co prawda za zimno, ale zawsze możemy trochę pooszukiwać i narzucić na niego zimową kurtkę. Tym bardziej że w pomieszczeniach jest już zdecydowanie ciepło.

T-shirt

  • ruch na świeżym powietrzu

Ruszać staram się cały rok, jednak gdy za oknem szaro, ponuro, mokro, stawiam raczej na aktywności indoorowe (siłownia, aerobik i te sprawy).  Bieganie to jedyny sport, który zdarza mi się uprawiać zimą na dworze. Dlatego gdy tylko wychodzi słońce, a ziemia trochę podeschnie, wyciągam rower. A jak nie rower, to może nordic walking? Albo zwykły spacer?

rower otwarcie sezonu

Pamiętajcie tylko, że o tej porze powietrze jest jeszcze mocno zdradliwe. Ubierajcie się ciepło, żeby nie spędzić pierwszych dni wiosny w łóżku.

  • wygrzewanie się w słońcu

Najlepsze zostawiłam na koniec. Na dworze co prawda chłodno, ale słońce przez szyby grzeje całkiem mocno. Czemu by tego nie wykorzystać, nie pójść w ślady kotów? Mieszkanie mam od południa, więc i kanapa, i łóżko mogą posłużyć do kąpieli słonecznych. Zwłaszcza w doborowym towarzystwie moich Chłopaków Dwóch:

kot w słońcu

A w jaki sposób Wy zaklinacie wiosnę?

Share Week 2015 – czyli polecamy najlepsze blogi

Między jednym a drugim tłumaczeniem wpadłam na blogach Życie jest piękne i BiznesoweInfo na inicjatywę Share Week, w ramach której polecamy najbardziej wartościowe blogi. Szczegółowe zasady na jestkultura, a ja tym czasem podzielę się z Wami moją top listą.

Poczuj się lepiej blog

blog Agaty o jodze, aktywności fizycznej i zdrowym, rozsądnym podejściu do niej. Z każdego wpisu emanuje tak pozytywna energia i pasja, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Zero nakazów, zakazów, pokrzykującej motywacji. Zamiast tego solidna dawka refleksji nad własnym ciałem i zdrowiem – taką drogę Agata proponuje nam, aby poczuć się lepiej.

Twoje zwycięstwo blog

blog o bieganiu, który cenię nie tyle za porady, jak efektywnie i zdrowo biegać, ale przede wszystkim za solidną dawkę pozytywnej motywacji, dobry styl i mega, mega sugestywne opisy treningów. Każdy biegowy wpis czuję we własnym ciele, własnych mięśniach i we własnym oddechu. Jeśli chcecie doświadczyć ekstazy płynącej z biegania, a akurat nie możecie wyskoczyć na trening, zajrzyjcie na bloga Twoje zwycięstwo.

I wreszcie blog zupełnie niesportowy, który za każdym razem wywołuje uśmiech na mojej twarzy:

Ja mówię TO blog

Andrzej porusza różne tematy, czasem z humorem, kiedy indziej bardziej na poważnie. Jednak każdy wpis cechuje to, co dla mnie najważniejsze: lekki, przyjemny styl. Nie kręcą mnie blogi oparte na pięknych zdjęciach, chociaż miło na nie popatrzeć. Uwielbiam za to dobre pióro, a to u Andrzeja macie zagwarantowane.

To moje TOP 3. A jak wygląda Wasze?

Potygodnik

Lanzarote

Dziś króciutko, bo rozłożyłam się kompletnie. Takie są skutki, jak człowiek, łaknąc wiosny i słońca, wybierze się w pierwszy cieplejszy dzień na rower w samym podkoszulku, bez bluzy czy kurtki. A niby 30-latka powinna być już mądrzejsza…

Kulinarnie

pieczone buraki

Naszło mnie w tym tygodniu na buraki. Najpierw cappuccino buraczkowe na lunch w Kofiko. Pod intrygującą nazwą krył się tradycyjny czerwony barszcz podany w filiżance z obłędną mleczną pianką. Pycha!

Cappuccino z buraków

Z kolei w piątek postanowiłam przyrządzić curry z buraków wg przepisu z Kwestii Smaku. Wyszło pysznie. Musiałam tylko dodać do sosu soku z cytryny, bo wyszedł zbyt słodki.

Sportowo

Udało mi się rozpocząć sezon rowerowy i dwa razy wybrać na przejażdżkę. Ucieszyłam się, że nie wypadłam z formy przez zimę. Spokojnie przejechałam ponad 20 km w sensownym tempie i bez odpoczynku. Nie mogę się doczekać kolejnej wyprawy!

rower otwarcie sezonu

Zdjęcie z poniedziałku – wtedy jeszcze miałam na tyle przytomności umysłu, żeby bluzę włożyć.

Byłam też dwa razy na jodze, ale w piątek organizm (widać już czuł chorobę) zdecydowanie robił mi wbrew. Jedyne co mi wyszło, to pies z głową do dołu i… stanie na głowie. Cała reszta asan przypominała raczej ich parodię i budziła li i tylko frustrację.

Zrzut ekranu 2015-03-15 18.52.54

A wczoraj wieczorem nie wytrzymałam i mimo choroby postanowiłam poćwiczyć mięśnie brzucha. Wpadł mi w ręce ciekawy 14-dniowy trening i dosłownie MUSIAŁAM go wypróbować. Brzuch to ta część mojego ciała, którą lubię najmniej. Dobrze by było to w końcu zmienić.

W ćwiczeniach dzielnie pomagał mi Lucuś.

kot mata do ćwiczeń

image2

I to by dziś było na tyle. Ubierajcie się rozważnie, bo słońce jest jeszcze trochę oszukane.

Sucha skóra po zimie? Mam na to sposób!

Niby w ogóle nie włączałam ogrzewania tej zimy, a mimo to skóra ciała wysuszyła mi się na wiór; nie pomagały żadne oliwki ani zwyczajne drogeryjne balsamy. Ewidetnie domagała się typowego emolientu.

Emolienty to kosmetyki lub składniki kosmetyczne o działaniu natłuszczającym i nawilżającym. Tworzą na skórze warstwę ochronną zapobiegającą utracie wilgoci (tzw. warstwę okluzyjną – zamykają wodę wewnątrz naskórka), a równocześnie wyłapują wilgoć z otoczenia i tym samym dodatkowo nawilżają. Emolienty zazwyczaj mają lekką konsystencję i nie pozostawiają tłustego filmu; po ich użyciu skóra jest gładka i jedwabista w dotyku.

Przykładowe emolienty kosmetyczne to dobrze wszystkim znane lanolina, wazelina, gliceryna, a także tłuszcze i kwasy tłuszczowe.

Udałam się więc do apteki w poszukiwaniu takiego właśnie preparatu. Wybór padł na Lotion do ciała Linum Emolient Dermedic.

Lotion do ciała Linum Emolient Dermedic

Zadecydował skład, o którym za chwilę, cena – poniżej 20 zł i fakt, że jest to produkt polski.

2015-03-12 21.08.38

W składzie znajdziemy zarówno substancje natłuszczające pochodzenia roślinnego: masło shea, olej lniany, wosk z jęczmienia zwyczajnego, olej arganowy, jak i skuteczne emolienty syntetyczne: gliceryna, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate i Cetyl Alcohol.

Dodatkowo lotion zawiera też alantoinę, która łagodzi podrażnienia i przyspiesza regenerację naskórka.

To tyle w teorii. A jak w praktyce?

Linum Emolient ma faktycznie bardzo lekką konsystencję. Jest to typowy lotion; nawet mleczka są w porównaniu z nim bardziej treściwe. Dlatego na początku miałam problem z aplikacją – ciągle wydawało mi się, że nie nałożyłam go wystarczająco dużo. Druga cecha odróżniająca Linum Emolient od tradycyjnych balsamów do ciała to fakt, że praktycznie nie da się go wmasować – im dłużej masowałam, tym bardziej lotion się rozpływał; trochę jak produkty do masażu. Później obrałam strategię polegającą na rozprowadzeniu lotionu na skórze i zostawieniu do wyschnięcia. W ten sposób wchłaniał się błyskawicznie.

Skóra po aplikacji była gładka, ale sucha w dotyku, tzn. nie czułam żadnego filmu ochronnego i uznałam, że kupiłam bubel. Jednak po tygodniu regularnego stosowania (raz dziennie) stan skóry zdecydowanie się poprawił. Stała się dobrze nawilżona i natłuszczona. Zniknęło napięcie, białawe zabarwienie charakterystyczne dla przesuszonej skóry i efekt łuszczenia się.

Uczucia mam mieszane. Na pewno nie jest to produkt, który na stałe zagości u mnie na półce, ponieważ przeszkadzają mi jego właściwości aplikacyjne (kto to słyszał, żebym nie mogła wmasować kosmetyku?!), natomiast jako preparat ratunkowy polecam go z czystym sumieniem.

Znacie Linum Emolium? Jakie są Wasze sposoby na odratowanie skóry po zimie?

3 sposoby, jak wyładować złość, nie robiąc nikomu krzywdy

Złość to bardzo niepopularne odczucie. Od małego wpaja nam się, że złości nie należy okazywać, że złość piękności szkodzi, że jak będziemy się złościć, to nikt nas nie będzie lubił itepe itede. Dlatego za wszelką cenę staramy się ją opanować, tak żeby inni nie zobaczyli, co się z nami dzieje.

Najczęściej polecane sposoby to techniki oddechowe. Kilka głębokich wdechów, wydechów powinno pomóc nam się uspokoić. Możemy też liczyć do 10, 100 czy 1000. Ale czasem jesteśmy tak wściekli, że to nie pomaga, a wręcz pogarsza sytuację. Potrzebujemy dać upust naszej złości i koniec. O tak:

wściekłość

Trzy moje sposoby na wyładowanie złości:

Porządki.

Takie czynności jak sprzątanie, zmywanie, mycie okien wymagają całkiem sporo energii. A przecież to właśnie złej energii musimy się pozbyć, gdy jesteśmy wściekli. Więc chwytam za mopa i do dzieła. Nie dość, że z każdą kolejną odkurzoną półką staję się spokojniejsza, to dodatkowo na koniec mogę cieszyć się sprzątniętym na błysk mieszkaniem i jestem z siebie mega dumna. Zapewniam Was, że pozbędziecie się w ten sposób nawet najbardziej uporczywych zabrudzeń. 😉 Kiedyś wypolerowałam mieszkanie w 30 min. Do tej pory nie wiem, jak to możliwe. Kiedy indziej wyczyściłam fugi w kuchni szczoteczką do zębów. Nigdy nie były takie czyste. Same plusy, nieprawdaż?

Sport

Gdy nie mam ochoty na sprzątanie lub zwyczajnie nie ma co sprzątać, wsiadam na rower, idę pobiegać albo lecę na fitness. Żadna tam joga czy pilates. Ma być ostro, energicznie, brutalnie. W takim stanie biję rekordy prędkości, odległości, wyciskam z siebie siódme poty. I znów korzyść podwójna – nie dość, że złość znika w mgnieniu oka, razem z nią zbędne kalorie. Jestem fit!

Zniszczenie kontrolowane

Robi się coraz brutalniej. 😉 Czasem jestem tak wściekła, że ani sprzątanie, ani ostry trening nie pomogą. Ktoś mnie skrzywdził, mam ochotę mu dowalić, tak żeby popamiętał raz na zawsze. Ale przecież tego nie zrobię. Samo wyładowanie energii nic nie daje; potrzebuję coś zniszczyć.

Zaczynam wtedy od poduszki (bo worka treningowego niestety nie posiadam), w którą walę tak długo, aż mi przejdzie. Poduszce to nie szkodzi, mi też nie, bo miękka.

Jeśli poduszka nie działa, biorę stare gazety albo jakieś niepotrzebne papiery i rwę na drobne kawałki. Energicznie. Bez litości. Bez opamiętania. Aż nic z nich nie zostanie. Uff

Niestety czasem i to nie pomaga. Wtedy sięgam po środek ostateczny. Wyciągam z szafki uszkodzony kubek, miseczkę czy talerz. Sprawdzam, czy nikogo nie ma w pobliżu. Biorę zamach i… trach o podłogę. Skorupy roztrzaskują się w drobny mak, a ja znów jestem oazą spokoju. I już jako oaza spokoju usuwam wszystkie ślady zbrodni.

Jest jeszcze jeden sposób, który widziałam w jakimś filmie – wykrzyczeć się. Gdzieś, gdzie nikt nas nie usłyszy. Pod mostem kolejowym, gdy przejeżdża pociąg. W środku lasu. W dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Bardzo chętnie bym tę metodę kiedyś wypróbowała, tylko jeszcze nie znalazłam stosownego miejsca. 😉

A Wy złościcie się czasem? Czy wyszłam na choleryczkę?

wściekły kot