Skąd się wzięli – czyli trochę historii

Przyznam szczerze, że zawsze wolałam psy niż koty. Wydawały mi się bardziej kontaktowe, bardziej przyjacielskie. I chyba nadal tak uważam. Jednak przy moim trybie życia pies zupełnie odpada. Z kotami nie trzeba wychodzić na spacer; mogą zostać na kilka dni same w domu – oczywiście, pod warunkiem że ktoś będzie przychodził oporządzać kuwetę i miski, i generalnie są mniej absorbujące. I tak pojawili się Pankot i Lucek.

Pierwszy był Pankul.
Niecały rok temu, pewnej wrześniowej soboty, w bardzo trudnym dla mnie okresie, zadzwoniłam do przyjaciółki-kociary z pytaniem, czy uważa, że mogłabym mieć kota. A ona odpowiedziała, że nie tylko uważa, że mogłabym, ale na dodatek ma dla mnie zwierza. I opowiedziała historię Pankota, zwanego wówczas Króciakiem, który pojawił się na jednym z konińskich osiedli… kiedy? oczywiście po Bożym Narodzeniu. Smutny, zaniedbany, z ukruszonym górnym kłem i z raną na końcu uciętego kilka centymetrów nad ziemią ogona chował się w śmietniku, żeby nie zamarznąć. Po wizycie u weterynarza okazało się, że ogon został zmiażdżony (wolę nie zastanawiać się, jak) i Pankot ma czucie tylko w kilku pierwszych kręgach. Dlatego ogon zwisa w dół i nigdy nie uda się go udnieść dumnie.

Króciak jako kot osiedlowy radził sobie całkiem nieźle: miał kumpla od miski i od spacerów; wiedział, gdzie się schować, jak zdobyć jedzenie. Z jednym drobnym wyjątkiem – do każdego chciał się przytulać. A ludzie jak to ludzie, raz pogłaszczą, a raz miotłą przyłożą. I tak oto, po zaobserwowaniu, jak dozorczyni przegania ówczesnego Króciaka szczotą, moja przyjaciółka postanowiła znaleźć mu dom, co zbiegło się z moją potrzebą przygarnięcia kota. Króciak trafił do mnie bodajże 29 września i czym prędzej został przemianowany na Pankota z racji bardzo wymownego spojrzenia: Rób sobie, co chcesz, ja i tak wiem lepiej.

Jakoś po Nowym Roku Pankul zaczął domagać się towarzystwa. Coraz częściej, coraz głośniej i coraz żałośniej. Ponieważ ja nie byłam w stanie poświęcać mu więcej uwagi, postanowiłam przygarnąć drugiego kota. Warunków było kilka: musiał to być kot, a nie kotka, bo Pankul kotki gonił; nie mógł to być kot dominujący, bo Pankot jest raczej spolegliwy; no i oczywiście musiał to być kot pozytywnie reagujący na inne zwierzęta. I tak jakoś na początku lutego wygooglałam Lucka. Z opisu idealnie pasował do Pankota: przyjacielski, łaknący towarzystwa, energiczny, niedominujący kociak, którego wszędzie pełno. W trakcie korespondencji z jego tymczasową opiekunką okazało się, że maluch właśnie został zwrócony z adopcji, ponieważ…. uwaga, uwaga… miauczał! Na szczęście pomyślnie przeszłam weryfikację na kocią mamę i 10 lutego Luculiński zawitał w moje skromne progi.

Chłopaki, na początku nieufni, szybko się ze sobą oswoili, a pełna komitywa nastała w kwietniu, kiedy to (z duszą na ramieniu) wyjechałam na tydzień na urlop i mieli cały dom dla siebie. Jak się dogadują teraz, po niespełna 6 miesiącach wspólnego mieszkania, widać na zdjęciach.

I to by było na tyle naszej kociej historii.

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Skąd się wzięli – czyli trochę historii

  1. A nie na początku lutego przygarnęłaś Lucusia? Wydaje mi się, że powiększyłyśmy rodziny w ten sam weekend, a Lunasek jest z nami od 9 lutego 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s